|
|||||
|
|||||
|
TOP OFERTY KONTAKT
oferty turystyczne:
+48 71 372 39 33 bilety lotnicze: +48 71 342 96 82 +48 71 344 36 66 gadu-gadu: ![]() ![]() ![]()
|
BIRMA – LAOS
W dniach 04.11 – 19.11.2009 odkrywaliśmy tajemnice Birmy i Laosu! Relacja z podróży: Od sierpnia już wiem, że na pewno lecimy. Cieszę się niezmiernie. Co wiem o Birmie? Ze rządzi junta, że w areszcie domowym jest noblistka Pani Aung San Su Ki, że kraj buddyjski, niezwykle biedny i ze leży w pld.-wsch. Azji. Reasumując wiedza nie jest zbyt imponująca. Aha - jeszcze wiem że Bagan to jeden z Cudów Świata choć w ostatnim rankingu z 2007 roku nie został uwzględniony. Próbuję buszować po necie aby znaleźć więcej wiadomości ale wszędzie sztampa, wiedza encyklopedyczna i nieco wspomnień "backpackersów". Nie jestem usatysfakcjonowana. Może jakiś przewodnik? Jest owszem Lonley Planet ale muszę na niego czekać 4 tygodnie. Wreszcie mam coś o co mi chodziło. Świetny esej pana Grzegorza Torzeckiego - BIRMA - Królowie i Generałowie (syn dostał to w prezencie od swojej dziewczyny). Po przeczytaniu książki czuje się nieco bardziej przygotowana na spotkanie z tym jednym z najdziwniejszych krajów na świecie. ![]() Z naszymi Turystami spotykamy się w Warszawie rano 2 listopada i lecimy do Bangkoku przez Kijów. Podróż nieco nadwyrężyła nasze siły i zgodnie oświadczamy że fanami linii lotniczej AEROSVIT nie zostaniemy. Przed nami dwa dni w szalonym Bangkoku. Hotel mamy wygodny, nieźle położony, szybko więc regenerujemy nadwątlone siły. Piątego listopada lądujemy w Yangon. Lotnisko niewielkie, tłumów nie ma, mamy przygotowane promesy wizowe, zdjęcia w garści, tak więc pewnie za moment spotkamy się z miastem i nieco się odświeżymy w hotelu aby potem zobaczyć to co Yangon ma najpiękniejszego. I tu pierwsze zdziwienie. Paszporty wzięli jacyś poważni urzędnicy, zdjęć nie chcą, promesę każą dać w.......20 egzemplarzach ??????? Mamy jeden egzemplarz z 20-toma nazwiskami na nim. Ksero na terenie lotniska nie ma. My uwięzieni w hali przylotów. Cóż,czekamy co zrobi z tym fantem nasz lokalny przewodnik bo On jest po drugiej stronie. Po około 2 godzinach krew we mnie zawrzała i nie zważając na dobre obyczaje wpadłam jak huragan do pokoju urzędników i zażądałam wyjaśnień. Tu kolejne zdziwienie, nikt nie mówi po angielsku. Musiałam jednak wyglądać dość sugestywnie ponieważ cel osiągnęłam. Co prawda bez paszportów lecz z bagażami wypuścili nas i przewodnik wytłumaczył że paszporty dowiozą do hotelu. Dlaczego tak długo piszę o tej odprawie? Kosztowała nas ona na samym początku dużo nerwów. Wreszcie jesteśmy w hotelu. Hotel pompatyczny, skojarzył mi się od razu z delegacjami rządowymi. Może nie jest to dla mnie dobre skojarzenie ale jak się okazało w trakcie naszej wyprawy, hotele 4 gwiazdkowe w Birmie to wszystko własność ekipy rządzącej która to zakłada sobie konsorcja i czerpie z tego zyski i płaci sobie podatki. Chcieliśmy hotele dobre to mamy. Mam też lekkiego kaca moralnego ale na swoje wytłumaczenie mam to że dbałam o wygodę naszych Turystów. Yangon czy Rangon? Wiele miejsc w Birmie ma podwójne bądź nawet potrójne nazwy, tak zresztą jak i sam kraj od 1962 roku przemianowany przez Generałów na Myanmar a cały świat i tak nazywa go Birmą. Yangon do 2005 roku był stolicą, teraz jest Naypidaw (najdziwniejsza z dziwnych, schowana gdzieś w dżungli i dotrzeć tam można tylko samolotem) gdzie Generałowie żyją w swoim zamkniętym świecie. Wracając do Yangon to tutaj znajduje się najpiękniejszy klejnot Buddystów - Świątynia Shwegadon - zbudowana przez jednego z najznamienitszych władców Birmy króla Alaungpayę w drugiej połowie XVIII wieku. Widoczna z prawie każdego punktu Yangonu ,złota ,mieniąca się w słońcu 98 metrowa stupa, zwieńczona koroną z drogocennymi kamieniami. Jesteśmy oczarowani bogactwem i pięknem tej budowli. Snujemy się powoli i przypatrujemy zamyślonym i skupionym mnichom, podglądamy odwiedzających święte miejsce Birmańczyków. Po zachodzie słońca świątynia iluminowana jest tysiącem świateł klejnoty w koronie mienią się wielością barw. Bezwzględnie 4,5 milionowy Yangon ma się czym pochwalić, w zapomnienie idzie kolonialna nieprawdopodobnie zaniedbana dzielnica, zapominamy również o "dętej" barce gdzie mieliśmy kolację i nie byliśmy zachwyceni przepychem lokalu. Shwegadon gdzie znajduje się 8 włosów Buddy to magiczne miejsce. Wczesnym rankiem lecimy do kolejnej stolicy starej Birmy – Mandalay - miasta klasztorów buddyjskich i wyrytej na 729 marmurowych tablicach Tipitaki ( najważniejszego zbioru tekstów buddyjskich). Tu na każdej ulicy znajduje się co najmniej jeden klasztor. Mnisi są wszechobecni, ich szkarłatne szaty i misy jałmużne to główne elementy kolorytu tego miasta. Odwiedzamy świątynię Buddy Mahamuniego ,którego posąg pokryty jest tonami wotywnych złotych papierków. Próbujemy odczytać z marmurowych tablic teksty Tipitaki napisanej w języku ludzi oświeconych - Palio. Przed wieczorem szalonym rajdem gazikami wjeżdżamy na Mandalay Hill aby z jego szczytu podziwiać zachód słońca. Jeszcze następnego dnia robimy wypady z Mandalay do Avy, Amarapury - to też dawne stolice, spacerujemy po egzotycznym, ponad kilometrowym tekowym moście, puszczamy na szczęście małe sówki, odwiedzamy mnichów podczas ich posiłku, kupujemy pamiątki i z niecierpliwością czekamy na dzień następny. Dzień w trakcie którego mamy spotkać się na dłużej, z największą rzeką Birmy-IRAWADI. ![]() Wczesnym rankiem pakujemy się na statek do Baganu. Trochę nieporozumień, dużo nerwów ale wreszcie jesteśmy na rzece. Jest ogromna, leniwa a na jej brzegach dostrzegamy toczące się od wieków niezmienne życie tubylców. Płyniemy cały dzień, słońce towarzyszy nam przez cały czas, co odważniejsi wystawiają ciała na jego działanie. Jest lekka bryza więc to czysta przyjemność móc pogrzać się w tropikach. Przed zachodem docieramy do legendarnego Bagan. Dobijamy do brzegu i obsługa statku skleca prowizoryczny trap. Umieram ze strachu ilu moich wycieczkowiczów wpadnie zaraz w Irawadi ale wbrew prawom fizyki trap wytrzymuje i wszyscy szczęśliwie lądujemy na brzegu. Jest tak egzotycznie, że niektóre Panie boją się ruszyć z miejsca. Inni są zachwyceni zupełną odmiennością tego kawałka Ziemi. Przy ciepłym świetle zachodzącego słońca Bagan i Irawadi wyglądają zjawiskowo. Nie mogę oderwać wzroku ale czas jechać do hotelu bo jesteśmy bardzo zmęczeni całodziennym rejsem. Pagan a dzisiaj Bagan to najstarsza stolica Birmy. Tu wszystko się zaczęło. To miejsce na swą stolicę wybrał potężny władca Anawrahta, który w 1044 stworzył największe państwo w południowo-wschodniej Azji. Stąd ruszał na podbój odległych tysiące kilometrów krain. O wielkości Paganu do dzisiaj świadczą zachowane w ilości około 4 tysięcy i rozłożone na 40 tys.metrów kwadratowych Stupy-relikwiarze i świątynie. Przed wiekami było ich o wiele więcej, mówi się nawet o 12 tysiącach. Pagan został złupiony przez Mongołów i Chińczyków w 1343 roku i już nigdy nie odzyskał swojej świetności. To co nam pozostało do zobaczenia jest tak niezmiernie piękne, że nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak piękne było Pagan w czasach Anawrahty. W cudownym, milczącym i uśpionym Bagan spędzamy dwie noce. Nasze wrażenia potęgowane są przez miejsce w którym nocujemy. To hotel Bagan River View w Old Bagan. Nic więcej nie powiem, kto tam był wie dlaczego a kto jeszcze nie, niech zapragnie przeżyć coś pięknego i zamieszka choć na chwilę w tym hotelu. Pełni wzruszeń, wzmocnieni dobrą energią wyruszamy dalej. Przelatujemy na północny wschód od Baganu do miejscowości Heho której jedyną atrakcją jest pas startowy i maleńki terminal. Z Heho udajemy się do miejscowości Kaku. Niewiele wiem o tym miejscu, tyle tylko że jest to zespół stup ,który został udostępniony zwiedzającym w roku 2005 i jest ciekawy. Włączyłam to do programu po sugestiach lokalnego kontrahenta. Jeżeli Birma ma jeszcze więcej takich nie odkrytych miejsc to proszę Państwa są to zabytki jakich w świecie nie uhonoruje nawet nazwa "zabytek klasy zerowej". Na przestrzeni jednego kilometra kwadratowego jest około 2 tysięcy XII wiecznych stup, zwieńczonych "parasolami" z dzwoneczków, które pobrzękują przy najmniejszym ruchu powietrza. Nikogusieńko tylko nasza grupa, cudowna muzyka, architektura jak z bajki. Brak mi słów aby Wam to plastyczniej opisać. To trzeba przeżyć!!!!!!! Przed wieczorem docieramy nad jezioro Inle i okrętujemy się na szybkie łodzie którymi w grupkach po pięć osób jesteśmy dostarczeni do raju na ziemi czyli hotelu Inle Resort. Od rana poznajemy życie na jeziorze, jego mieszkańców, rybaków wiosłujących w niepowtarzalny sposób, klasztory na jeziorze, fabryczki jedwabiu wyrabianego z kwiatów lotosu, odwiedzamy szkołę prowadzoną przez UNICEF. Kosztujemy tutejszych specjałów i myślimy - CHWILO TRWAJ. Nasz dwudniowy pobyt na jeziorze Inle to pasmo wielkiej radości, zachwytów i obietnic- ja tu jeszcze wrócę. Cóż, życie krótko trwa i trzeba się żegnać z Birmą. Jeszcze tylko powrót samolotem do Yangon, jeszcze raz odwiedziny w Shwegadon Pagoda, kilka pokłonów przed wielce oświeconym Buddą i przez Bangkok przenosimy się w zupełnie inny świat choć też buddyjski i indochiński. Jesteśmy w Laosie a konkretnie w jego starej stolicy. Do dziś kulturalnej i duchowej stolicy Laosu - Luang Prabang. Tu swoje wody toczy majestatyczny, legendarny Mekong. ![]() LAOS jest krajem położonym wśród gór. Jedyne z indochińskich państw bez dostępu do morza. Historia nie tak bogata i burzliwa jak potężnych sąsiadów. Laos jest light lub wyluzowany jak to określali nasi Turyści. Luang Prabang wpisany na światową listę dziedzictwa kulturalnego UNESCO jest uroczym miasteczkiem w którym odwiedzamy najciekawsze miejsca, rozkoszujemy się lunchem nad Mekongiem, wdrapujemy się na wzgórze świątynne gdzie zastaje nas kolejny indochiński zachód słońca. Jak zawsze niezapomniany. Z Luang Prabang udajemy się w kierunku Vientiane. Kraj niezwykle górzysty, soczyście zielony, porośnięty w 94% tropikalną dżunglą. Po drodze zatrzymujemy się w wioskach, osadach i maleńkich miasteczkach. Na pewno na długo zapadnie nam to w pamięci. Jeszcze jeden nocleg na trasie Cho Chi Minha w "backpackerskiej" wiosce Vang Vieng gdzie rankiem pływamy po górskiej rzece i podziwiamy przepiękny krajobraz. Vientiane - stolica Laosu jest niewielkim-120-tysięcznym miastem o kolonialnej (francuskiej starówce) z kilkoma buddyjskimi świątyniami ale po birmańskich te tutaj nie robią na nas piorunującego wrażenia. Na ulicy można za to zjeść pyszną chrupiąca (prawie jak w Paryżu) bagietkę. Po 18 dniach azjatyckiego jedzenia ten europejski przysmak jest bardzo mile widziany. Tak kończy się nasza wyprawa pod tytułem Odkrywamy tajemnice Birmy i Laosu. Jeszcze tylko skok przez Bangkok i Kijów i jesteśmy w Warszawie marząc o następnej podróży. Alina Ferens - Krupa Zobacz fotoreportaż z podróży: (kliknij na zdjęcie poniżej) Organizator: B.P. Transer ul.Św.Mikołaja 81 50-126 Wrocław biuro@transer.pl , www.transer.pl |
||||
|
|
|||||
![]() |
Biuro Podróży TRANSER 50-126 Wrocław, ul. Św. Mikołaja 81 | ||||